piątek, 17 maja 2013

Zaległości

Na szczęście o zapaleniu ucha prawie już zapomnieliśmy, ale napiszę parę słów ku pamięci.
 Wandzia miała bardzo wysoką, trudną do zneutralizowania gorączkę, więc zdecydowaliśmy się zadzwonić do centrum alarmowego naszej ubezpieczalni, żeby nam powiedzieli, co robić. Mamy tutaj ubezpieczenie podróżne, wykupione jeszcze w Polsce. Długo zastanawialiśmy się, jak tę kwestię rozwiązać i po długich poszukiwaniach i zawracaniu D kilku osobom (Aniu, jeszcze raz dzięki za research!) zdecydowaliśmy, że nie stać nas na wykupienie ubezpieczenia w Stanach - roczny koszt ok. 40 tys. na naszą trójkę. Wybraliśmy opcję mniej więcej cztery razy tańszą - znaną i dużą firmę ubezpieczeniową z Polski.
Zadzwoniliśmy i ubezpieczenie zadziałało (jak dotąd...). Wysłali nas na oddział ratunkowy szpitala w sąsiedniej miejscowości. Nie wiem, czy mieliśmy szczęście, czy po prostu tak tam funkcjonują szpitale, ale wszystko odbyło się szybko i w 100 procentach profesjonalnie. Dla upodlonego pacjenta z Polski to miłe zaskoczenie.
Podjechaliśmy nie z tego końca szpitala, co trzeba, więc znalezienie izby przyjęć zajęło nam chwilę, ale gdy zapytałam pierwszego lepszego pracownika o pomoc, on wręczył mi pisemne, bardzo szczegółowe instrukcje:
1. Idź w lewo do końca korytarza.
2. Zejdź po schodach.
3 Skręć w prawo i idź do końca wzdłuż ściany obwieszonej zdjęciami personelu.
4. Za biurkiem skręć w lewo i przejdź przez oszklone drzwi.
Za oszklonymi drzwiami na biurku stał telefon, a przy nim karteczka: "Jeżeli nikogo nie ma przy biurku, wykręć numer 165." I tak dalej... Trochę pobłądziliśmy, ale w końcu się udało.

Już na izbie przyjęć Wandzię wstępnie zbadała i zarejestrowała pielęgniarka (ciśnienie, ważenie, mierzenie, temperatura, wstępny wywiad) i zdecydowała, bardzo odkrywczo, że należy ją skierować na oddział pediatryczny. Obie z Wandzią dostałyśmy kuloodporne opaski na nadgarstki z imieniem, nazwiskiem i datą urodzenia - przeszły mnie ciarki, że mi ją zabiorą, ale na szczęście nic takiego się nie stało. Przyszedł po nas pediatryczny pan pielęgniarek i poszliśmy za nim do naszej własnej, jednoosobowej salki szpitalnej z telewizorem (kreskówki non-stop), kanapą, wygodnym - chociaż szpitalnym - łóżkiem i obrazkami na ścianach. Pan pielęgniarek był duży, dorodny wręcz, przesympatyczny, uśmiechnięty od ucha do ucha i, co się w tym poprawnym politycznie kraju rzadko zdarza, ze swobodnym poczuciem humoru. Poprosił Wandzię o podanie seksownej nóżki, pogładził ją z uznaniem, pochwalił gładką skórę nóżki i przyczepił do łydki ciśnieniomierz. Po chwili weszła kolejna pielęgniarka ze stosem papierów do podpisania, ale ogarnęła wszystko w trzy minuty, powiedziała po polsku "Dziękuję" i zniknęła.
Wreszcie przyszedł lekarz, obejrzał Wandzię bardzo szybko i sprawnie, stwierdził obustronne zapalenie ucha i zostawił nas z jakąś inną panią (pediatrą? pielęgniarką?), która szczegółowo powiedziała, co mamy robić dalej, dała receptę, i jeszcze kilka pisemnych instrukcji (co to jest zapalenie ucha środkowego? co robić, gdy dziecko ma gorączkę? itd..)
A na koniec pan pielęgniarek przyniósł Wandzi misia w prezencie. Miś był skromny, chyba ręcznie robiony przez wolontariuszy, ale był misiem! Spontanicznym prezentem od służby zdrowia!
Wszystko razem trwało może 40 minut. Od momentu przyjazdu do szpitala.
Jednak nie miś był dla mnie największym zaskoczeniem. Na drugi dzień osobiście zadzwoniła do mnie pani doktor (pielęgniarka/pediatra? ta, która dawała nam instrukcje), żeby zapytać się o samopoczucie Wandzi.Szczęka opadła mi na podłogę.
Ale, ale... żeby nie było za słodko, dla równowagi musieliśmy się zmierzyć z amerykańskimi farmaceutami.
Jestem tu od dwóch miesięcy i byłam już (chcąc, nie chcąc...) w kilku aptekach i wszędzie napotykam na beton. Dosłownie. Nic mi tak nie podnosi ciśnienia, jak wizyta w amerykańskiej aptece. Pomijam już ceny nie z tej ziemi - antybiotyk dla Wandzi kosztował prawie 90 dolarów i było jeszcze na nim napisane: "Dziękujemy za wybranie tańszej wersji leku generycznego". Wygląda na to, że aby zostać aptekarzem w Stanach, trzeba zdać specjalny test sprawdzający, czy jest się wystarczającym tłumokiem. Przykłady?
Zostawiłam gorączkującą Wandę z Arturem w samochodzie i pobiegłam z receptą w ręku i portfelem do apteki. Na szczęście nie było kolejki. "Proszę kartę ubezpieczenia". "Nie mam karty." "Nie masz ubezpieczenia? Bez ubezpieczenia nie mogę wydać leku." "Mam ubezpieczenie, ale nie dali mi karty. Mam umowę ubezpieczeniową w samochodzie".
Pobiegłam do samochodu po teczkę z dokumentami. Wróciłam. Wykładam przed kolesiem papiery. "No dobra. To ubezpieczenie z innego kraju?'. "Tak." "Nigdy się takim nie zajmowałem. Zapytam koleżankę". Poszedł zapytać. Wrócił. "Koleżanka się tym zaraz zajmie, ona wie." Czekam. Spojrzał na receptę: "I tak nie mamy tego leku." Zajęło mi to pół godziny!!! Nawet nie przeprosił. Wybiegłam wściekła.
Pojechaliśmy do następnej apteki, a tam trzy okienka: "Przyjmowanie recept", "Konsultacje", "Odbiór". Stanęłam do pierwszego, bo nie było kolejki. "Karta ubezpieczenia?" "Nie mam, ale tu jest umowa". "Nie ma karty - nie ma ubezpieczenia". "Ale ja mam tu". "Nie ma ubezpieczenia". "Ale tu jest umowa!" "Nie ma karty, więc nie ma ubezpieczenia. Muszę nabić cenę. Masz kartę?". "Nie". "To nabijam. Nabijać?". "Tak. A ile będzie kosztować?" "Nie wiem". "A mniej więcej?" "Muszę policzyć." Czekam 10 minut, bo liczy. "Około 90 dolarów." "Niech będzie. Biorę". "Ale to nie będzie od razu". "Jak to?". "Trzeba poczekać 40 minut". "Trudno". Poczekałam 50 minut, wróciłam. Stanęłam po odbiór. Były przede mną tylko 3 osoby, ale czekałam kolejne 20 minut. Pani z gorączkującą i zapłakaną 6-latką po dłuższej kłótni o ubezpieczenie wybiegła wygrażając pięściami. Moja kolej. "Ubezpieczenie?" "Nie mam". "Jak to? To będzie kosztować 85  dolarów" "Trudno, biorę. Jest gotowe?" "Tak, oczywiście. Ale nie masz ubezpieczenia?" "Mam, jakby co, tu jest numer do ubezpieczalni". "Zadzwonię i spytam, to w końcu 90 dolarów". "Dobrze, skoro tak, to niech pani dzwoni. Ale jest gotowe?" Dzwoni, po 10 minutach odkłada słuchawkę. "Musi pani wysłać rachunek do ubezpieczalni, to pani zwrócą". "Ok, poproszę lekarstwo." Czekam 5 minut, bo jeszcze łapią coś z półek i wkładają do mojej torebki. Wreszcie wychodzę. Spocona.
Strasznie skomplikowany system. Doceniam polskie apteki - chociaż pełne zdechlaków - w których aptekarz wie, że chemiczna nazwa zwykłej soli to chlorek sodu... Nie tak jak w tym dzikim kraju...

1 komentarz:

  1. Ciesze sie ze Wandzia sie dobrze czuje. No i zycze cierpliwosci....

    OdpowiedzUsuń